Spread walutowy na celowniku
Mieliśmy nie martwić się spreadem, tymczasem ten z miesiąca na miesiąc rośnie. Okazuje się, że niewiele pomogła interwencja nadzoru bankowego, dzięki której możliwa jest spłata kredytu we frankach.
Co to jest spread? Tego akurat nie trzeba tłumaczyć kredytobiorcom spłacającym swoje raty w obcej walucie. Ci zapewne zgodzą się, że to ostatnio dość istotna różnica pomiędzy kursem walut, po jakim banki udzielają kredytów hipotecznych, a tym, po jakim przychodzi później spłacać miesięczne raty. Wystarczy odnotować, że w ciągu roku jego wysokość skoczyła w niektórych bankach z 3,36 proc. do 9,97 proc.
Zawyżanie spreadu to, zdaniem Pawła Majtkowskiego, eksperta firmy Finamo, tylko jedna z metod na to, jak powiększyć wysokość swoich zysków, a przy okazji w ukryty sposób podwyższyć faktyczny koszt kredytu. W efekcie statystyczny kredytobiorca zamiast spłacić z odsetkami to, co faktycznie należne bankowi, ponosi dodatkowe koszty w postaci spreadu. Im różnica pomiędzy ustalonym przez bank kursem zakupu i sprzedaży franka czy euro wyższa, tym gorzej dla klienta, bo jego rata potrafi wzrosnąć nawet o kilkanaście procent. Przykładem służyć może Dom Bank, gdzie spread sięgnął jednego dnia we wrześniu br. 13,9 proc. To przy kredycie na kwotę 300 tys. zł rozłożonym na 30 lat oznaczało, że klient musiał zapłacić ratę nawet o 199 zł wyższą, niż gdyby spreadu nie było. Na drugim krańcu znajdują się natomiast banki, których widełki walutowe mieszczą się w granicach 3-4,62 proc.
Najgorsze, że trudno przewidzieć, jak spread będzie się kształtował, banki bowiem nie informują klientów o zasadach, na jakich ustalają jego wysokość. Stąd też podpisując umowę kredytową, klient tak do końca nie wie, ile będzie musiał spłacić. Niewiele pomaga, choć jest to jakieś rozwiązanie, możliwość spłacania rat, np. walutami kupionymi w kantorze. Tam różnica pomiędzy ceną zakupu a sprzedaży franka z reguły jest dużo niższa, waha się od 1 do 2 proc. Jednak tego rodzaju rozwiązanie wymaga podpisania stosownych aneksów do umowy, w dodatku kosztuje nie mało. W Banku Millennium czy Santander Consumer Bank zapłacić musimy nawet 500 zł.
Wygląda na to, że kryzys wyjątkowo nie sprzyja spłacaniu kredytów. banki bowiem zamiast zabiegać o klienta, łupią go bezlitośnie z każdej strony, a spread jest tu tylko jednym z narzędzi. Nadzieja w tym, że przyjdzie w końcu komuś wpisać go do do rejestru klauzul niedozwolonych.
Źródło: Finamo
Skomentuj
Komentarze — pokaż wszystkie
Brak komentarzy



